PÓŁWIECZE - ZPSPLOT

Idź do spisu treści

Menu główne

PÓŁWIECZE

HISTORIA
 
 

PAMIĘĆ I WDZIĘCZNOŚĆ PO PÓŁWIECZU


Rok 1968 był dla nas Polaków, rokiem bardzo niespokojnym, w zasadzie dla wszystkich warstw społecznych, inteligencji, braci studenckiej, robotników i dla tych wszystkich, którzy nie pozostawali obojętni na sytuację społeczną w kraju.  Polaryzacja społeczeństwa w wielu płaszczyznach przybrała drastyczną formę i wymiar. Niepokoje społeczne dawały się we znaki rządzącym nie tylko w Polsce. W sąsiedniej, dziś już nieistniejącej Czechosłowacji, tendencje wolnościowe, określane wówczas Praską Wiosną, zradykalizowały się do tego stopnia, że przywódcy ówczesnego Związku Radzieckiego, oraz wszystkich krajów należących do Układu Warszawskiego / bez Rumunii/, podejmowali drastyczne rozmowy polityczne w celu uspokojenia sytuacji. Nie dawało to jednak rezultatów oczekiwanych przez Biuro Polityczne KPZR. Dziś wiadomo, że już w pierwszych miesiącach 1968 roku rozpoczęte zostały militarne przygotowania do wprowadzenia wojsk Układu Warszawskiego na teren Czechosłowacji, co zostało zrealizowane w sierpniu tego roku.
Miesiąc wcześniej, poborowi 6 Pomorskiej Dywizji Powietrzno – Desntowej, rocznika lipiec 1968 z różnych stron Polski, różnymi środkami zmierzali do pięknie położonej Ustki,  nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej, gdzie w nadmorskich lasach, w bliskim sąsiedztwie Bałtyku stacjonowały jednostki 6 PDPD. Kiedy już wszyscy kandydaci na marszałków zostali wyłowieni spośród mieszkańców Ustki i przewiezieni do leśnych ostępów, ostrzyżeni, umundurowani, i zakwaterowani w namiotach,
rozpoczął się proces pojmowania właściwego sensu słów; „wojsko” i „dyscyplina”.




  

Ten etap szkolenia trwał krótko. Niebawem cały stan osobowy eszelonem przemieścił się na kolejny poligon, położony w okolicach Szyman, niedaleko Olsztyna. Tutaj nowo zaciągnięci rekruci rozpoczęli właściwy okres szkolenia, tj. zapoznawanie się z etatowym sprzętem uzbrojenia osobistego i dywizjonowego, a przede wszystkim z armatą przeciwlotniczą ZU-232, przeznaczoną do rażenia nisko przelatujących samolotów. To broń wymagająca od strzelca i obsługi przede wszystkim szybkości, a zarazem niezwykłej precyzji.  
                                                                                                          
Wa
żącą 950 kg armatę obsługiwało czterech żołnierzy. Na wykonanie
poszczególnych komend /posadowienie armaty „do boju”, przejście w ukrycie, a następnie „odbój” i mieli kilkunastosekundowe limity czasu. Za brak wprawy w obsłudze na początku szkolenia armata nie raz „odwzajemniła się przygważdżając uzębionym talerzem żołnierską stopę do ziemi. W miarę nabierania doświadczenia w obsłudze odwdzięczała się, z gracją zmieniając położenia i posyłając wiązki pocisków prosto w cel. O jakości tej broni świadczy fakt, że jest ona wciąż obecna na współczesnych polach walki.                                                                          
24 sierpnia 1968 roku, w godzinach wczesnego popołudnia zgrupowanie 6 PDPD zostało postawione w stan alarmu, z zadaniem …osiągnięcia natychmiastowej gotowości bojowej i przemieszczenia się całością sił na południe kraju.

….upał tego dnia był niemiłosierny, coś „wisiało w powietrzu, wyczuwaliśmy to obserwując zachowanie dowódców kompań i plutonów. W powietrzu nieustannie słychać było warkot silników samolotów przelatujących nad naszymi głowami, choć nie mogliśmy ich dojrzeć. Był to warkot typowy dla samolotów wieloosobowych. Nikt z nas nie był w stanie powiedzieć, co się święci. Kiedy nagle po całym terenie obozowiska rozległy się komendy nakazujące natychmiastowe zwijanie obozu, a w oczach dowódców widać było niepewność i niezrozumiały dla nas niepokój, zrozumieliśmy, że to nie jest kolejny alarm, jako kolejne ćwiczenie, że tym razem gra idzie na całość…..wspomina kanonier Tadeusz Rudecki.

W ciągu dwóch godzin całe obozowisko zostało zwinięte, uformowana została kolumna pojazdów i poszczególni dowódcy meldowali gotowość do jazdy podległych sobie pododdziałów.

….siedziałem za kierownicą GAZ-a, jako kierowca. Ze mną pod plandeką pojazdu pięciu kolegów, tj. działon i jego dowódca kpr. Marian Zarychta. Nikt z nas nie wiedział, co się święci, co nas czeka w najbliższych godzinach i gdzie mamy jechać. Kilkanaście miesięcy temu otrzymałem zawodowe prawo jazdy III kategorii, ale doświadczenia za kółkiem miałem tyle, co kot napłakał, a teraz mam wieźć piątkę ludzi i jeszcze holować działo podpięte do haka. Serce miałem gdzieś tu w okolicach obojczyka, w gardle papier ścierny i mokre plecy….wspomina kanonier Stanisław Sondej.
Gdy sierpniowe słońce znikło za horyzontem i mrok okrył las, sprzęt i ludzi, po dokładnym sprawdzeniu wszystkich pojazdów, około godziny 22-ej, długi wąż wojskowej kolumny wyjechał na drogę i skierował się na południe Polski.
Jazda trwała całą dobę. Bez postojów. Prowiant był „na pokładzie. Całą noc uwaga kierowców maksymalnie skoncentrowana była na utrzymaniu odpowiedniej odległości, aby nie wmeldować się w armatę jadącą przodem, aby nie spowalniać kolumny, bo natychmiast tworzą się długie luki, a krzyki dowódców powodują suchość w gardle i pocenie się dłoni zaciśniętych na kierownicy. Kolumna nie zatrzymywała się nawet wtedy, gdy w świetle reflektorów widać było leżącego na poboczu drogi Stara 66 i stojącego obok niego kierowcę, kolegę z miną skazańca.  
Wstał dzień, a kolumna wciąż jechała. I znów kolejny pojazd leżący w rowie drogi, tym razem GAZ 69, wraz z armatą ZU 23-2. Kolumna jedzie dalej.
W ciągu doby kolumna przejechała około 700 kilometrów, docierając do Doliny Kłodzkiej. Cała 6 Pomorska Dywizja Powietrzno-Desantowa w ciągu doby przemieściła się z jednego krańca Polski na drugi.

6 Dywizjon Artylerii Przeciwlotniczej z dowódcą ppłk. Franciszkiem Lembiczem rozlokowany został w Długopolu Górnym, a za miejsce noclegu dla żołnierzy służby zasadniczej służyła ogromna sterta świeżo zmiędlonego lnu w miejscowej roszarni. Długopole Górne to luźno zabudowana wieś łańcuchowa o długości około 3 km, leżąca nad Nysą Kłodzką, w lt obniżeniu Bystrzycy Kłodzkiej, pomiędzy Długopolem - Zdrój na północy i Domaszkowem na południu, na wysokości około 360-390 m n.p.m.
Mieszkańcy Długopola Górnego ogromnie zaskoczeni pojawieniem się takiej ilości żołnierzy w czerwonych beretach otwarli dla nich swe serca i szczodrze obdarowywali, czym chata bogata. Uczucia tej serdecznej gościnności nie zbrakło do końca pobytu wojska w Długopolu.
Rozpoczął się kolejny etap wojskowego szkolenia. Po kilku dniach poborowi złożyli żołnierską przysięgę. Ten najważniejszy dla żołnierza akt odbył się w szczególnych okolicznościach, jakich nie doświadczyli żołnierze w powojennej historii wojska polskiego. Padał deszcz, padał już od kilku dni i była noc. Na pobliskiej łące, kilka samochodów, światłem swoich reflektorów oświetlało wiązki  białoczerwonych flag wetkniętych w samochodowe felgi oraz skromną grupę kadry dowódczej dywizjonu. Naprzeciwko niej, w ciemności stanęła kolumna żołnierzy, w przemakających mundurach, z bronią przewieszoną przez pierś. Słychać było szmer ściszonych rozmów. Wszyscy, przez fakt niecodziennych okoliczności, mieli świadomość szczególnej wagi chwili. Padła komenda „do przysięgi. Rozległy się słowa, w pośpiechu wyuczane przez kilkanaście ostatnich godzin. Echo tych słów tonęło w mroku i szumie padającego deszczu. Jakże innego znaczenia nabierały słowa tej przysięgi, składanej o nietypowej porze, pod osłoną nocy. Myśli niejednego żołnierza biegły do najbliższych, do rodzin, do dziewczyny, a serce ogarniał żal, że nikt z nich tego nie zobaczy. Wielu zadawało sobie pytanie: dlaczego to wszystko dzieje się tak szybko? Odpowiedź, której wszyscy się domyślali, budziła wewnętrzny, skrzętnie skrywany niepokój.
Komenda „po przysi
ędze zwieńczyła krótką chwilę żołnierskiej inicjacji.
Kolejne dni i tygodnie były okresem żołnierskiego szkolenia, a w wolnym czasie integracji żołnierzy z lokalną społecznością, poprzez pomoc w pracach polowych, żniwach, sianokosach oraz rozgrywkach meczy piłki nożnej. Zawiązało się wiele przyjaźni i nie tylko.



 
 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego